Rune próbowała skupić się na obiedzie. Naprawdę usilnie się starała. Jednak kiedy patrzyła na swoich braci nie mogła powstrzymać błyskawic latających z jej oczu, ani kiwania głową z pełną dezaprobatą. Na swoje usprawiedliwienie stwierdziła, że każdy by tak zareagował patrząc na ich bitwę na sterowalne śliwki, które zostały podane do zasmażanych nietoperzy w mozzarelli. Jedyną zabawną stroną tej sytuacji było to, że wyrzucane śliwki często wracały do wyrzucającego na zasadzie bumeranga, tym samym bijąc chłopców po twarzy.
- Na ogniste popioły feniksa, czy wy nie możecie chociaż raz być poważni? W tym roku piszecie SUM'y! - głowa rodziny Scamanderów widocznie straciła cierpliwość, dostając trzecią śliwką z rzędu prosto między oczy - Zachowujcie się na swój wiek! - dodał już nieco spokojniej ich ojciec marszcząc groźnie brwi.
Luna, jak zwykle w swoim świecie, patrzyła przez okno obgryzając skrzydło niewielkiego nietoperza i tym samym pozostawiając mężowi kwestie wychowawcze. Zresztą jak zwykle. Rune musiała przyznać, że jej tata miał gadane. Odziedziczyła to po nim, co zwykle ujawniało się nerwowym słowotokiem w stresujących ją sytuacjach. Pewnie dlatego na SUM'ach z wróżbiarstwa nie poszło jej wcale aż tak źle, mimo że tego dnia w tej przeklętej kuli nie mogła dojrzeć prawie zupełnie nic.
W każdym razie z zaciekawieniem obserwowała odgrywającą się przy stole scenie. Jej bracia, którzy za główny cel życiowy postawili sobie chyba zastąpienie Freda i George'a Weasleyów oraz ich opinii dowcipnisiów z młodości, zachowywali się dziecinnie tylko w domu, podczas gdy w szkole zgrywali śmiesznych, aczkolwiek szanujących się ludzi.
Zresztą nie tylko to. Rune zauważyła już, że jej przystojni ponad miarę (jak mawiały jej koleżanki, ona uznawała ich za obślizgłe szczury) bracia uganiają się za wszystkimi dziewczynami od klasy niżej, aż do siódmoklasistek. Ile razy przyłapywała ich, jak całowali się z jej znajomymi z klasy w ciemnych kątach i opuszczonych klasach? Ona oczywiście prowadziła tam akcje dywersyjne z przyjaciółmi. Nic innego. Teraz jednak na wspomnienie języka Lorcana oblizującego usta Fiony Finnigan z jej rocznika o mało co nie zwróciła wszystkich swoich nietoperzy...
- To ja już chyba podziękuję - mruknęła walcząc z mdłościami i odsuwając swój talerz z resztkami obiadu na długość rąk - Jak coś będę w swoim pokoju...
- Nie chcesz deseru? - tata wskazał w kierunku kuchni, skąd czuć było zapach ciasta z owocami ugwy angielskiej*.
- Nie. Muszę nażreć się musów-świrusów, żeby skończyć domalowywać niebo nad Hogwartem na mojej ścianie...
-Przecież możesz podlecieć tam na miotle - zauważył Lorcan, odgarniając przy tym grzywkę z twarzy i uśmiechając się złośliwie - Jesteś pewna, że potrzebne ci jest pożarcie paczki słodyczy? Uważasz, że jesteś za chuda?
- Na ogniste popioły feniksa, czy wy nie możecie chociaż raz być poważni? W tym roku piszecie SUM'y! - głowa rodziny Scamanderów widocznie straciła cierpliwość, dostając trzecią śliwką z rzędu prosto między oczy - Zachowujcie się na swój wiek! - dodał już nieco spokojniej ich ojciec marszcząc groźnie brwi.
Luna, jak zwykle w swoim świecie, patrzyła przez okno obgryzając skrzydło niewielkiego nietoperza i tym samym pozostawiając mężowi kwestie wychowawcze. Zresztą jak zwykle. Rune musiała przyznać, że jej tata miał gadane. Odziedziczyła to po nim, co zwykle ujawniało się nerwowym słowotokiem w stresujących ją sytuacjach. Pewnie dlatego na SUM'ach z wróżbiarstwa nie poszło jej wcale aż tak źle, mimo że tego dnia w tej przeklętej kuli nie mogła dojrzeć prawie zupełnie nic.
W każdym razie z zaciekawieniem obserwowała odgrywającą się przy stole scenie. Jej bracia, którzy za główny cel życiowy postawili sobie chyba zastąpienie Freda i George'a Weasleyów oraz ich opinii dowcipnisiów z młodości, zachowywali się dziecinnie tylko w domu, podczas gdy w szkole zgrywali śmiesznych, aczkolwiek szanujących się ludzi.
Zresztą nie tylko to. Rune zauważyła już, że jej przystojni ponad miarę (jak mawiały jej koleżanki, ona uznawała ich za obślizgłe szczury) bracia uganiają się za wszystkimi dziewczynami od klasy niżej, aż do siódmoklasistek. Ile razy przyłapywała ich, jak całowali się z jej znajomymi z klasy w ciemnych kątach i opuszczonych klasach? Ona oczywiście prowadziła tam akcje dywersyjne z przyjaciółmi. Nic innego. Teraz jednak na wspomnienie języka Lorcana oblizującego usta Fiony Finnigan z jej rocznika o mało co nie zwróciła wszystkich swoich nietoperzy...
- To ja już chyba podziękuję - mruknęła walcząc z mdłościami i odsuwając swój talerz z resztkami obiadu na długość rąk - Jak coś będę w swoim pokoju...
- Nie chcesz deseru? - tata wskazał w kierunku kuchni, skąd czuć było zapach ciasta z owocami ugwy angielskiej*.
- Nie. Muszę nażreć się musów-świrusów, żeby skończyć domalowywać niebo nad Hogwartem na mojej ścianie...
-Przecież możesz podlecieć tam na miotle - zauważył Lorcan, odgarniając przy tym grzywkę z twarzy i uśmiechając się złośliwie - Jesteś pewna, że potrzebne ci jest pożarcie paczki słodyczy? Uważasz, że jesteś za chuda?
- Nie - odparła Rune spoglądając na niego twardo - Po prostu lubię słodycze, okej? A tobie nic do tego spetryfikowany gumochłonie.
Po tych słowach obróciła się na pięcie i starając się nie wybuchnąć gniewem wbiegła po wąskich, krętych schodach obitych kolorową tkaniną. Kiedy pokonała dwa piętra i wspinała się właśnie na drabinę prowadzącą do jej pokoju w oczach miała łzy wściekłości. Czy ten mały chłystek naprawdę sądził, że może się tak do niej odzywać? Coś sugerować? Prawda była taka, że nie lubiła Lorcana, a w każdym razie dużo mniej, niż Lysandera. Po prostu z tym drugim bratem miała więcej wspólnego. Wyglądali podobnie - te same jasne włosy i oczy, podczas kiedy Lorcan chodź niemalże identyczny z twarzy i budowy, jeżeli chodzi o swojego bliźniaka, to jego włosy były kruczoczarne (pewnie właśnie z tego powodu dziewczyny nazywały ich ying i yang), ale również Lys z charakteru był dużo bardziej zbliżony do matki, podobnie jak Rune, choć było mu mówiąc szczerze do nich nadal bardzo daleko. Jednak nawet pomijając to, blondynka najzwyczajniej w świecie nienawidziła ich wiecznych przytyków, czy dokuczania. Potrafili zachowywać się niekiedy naprawdę okrutnie i o ile Lorcana tłumaczyła w jakiś niejasny sposób przynależność do Slytherinu, to Lysandera nie tłumaczyło nic. Był w Gryffindorze do cholery! Co było z nim nie tak? Co prawda Rune zdarzały się niekiedy incydenty nadmiernej złośliwości, a także określaną ją jako sprytną, ale zawsze na tym polu ustępowała temu dwojgu szatanów. Oni nawet z tego rozdzielenia ich do innych domów (Rune była przekonana, że Tiara Przydziału obserwując ich głowy od środka chciała za wszelką cenę nie dopuścić do ich nadmiernego kontaktu i właśnie dlatego umieściła ich w dwóch nienawidzących siebie domach - cóż, nie udało się!) potrafili wyciągnąć korzyści. Co prawda przez całą pierwszą klasę narzekali, że rozdzielenie ich jest niemoralne, ale już w drugiej odkryli zalety dostępu do Pokojów Wspólnych dwóch domów, a nawet trzech (w tym celu usiłowali odwiedzać Rune w jej Wieży). Zawsze więcej ludzi, do zrobienia im kawału, więcej lasek do poderwania, czy sekretów do podsłuchania.
Rune wlazła do swojego pokoju i przesunęła ciężki fotel z powrotem na klapę, po czym na niego opadła, zdmuchując przy okazji pchające się jej do oczu włosy. Nagle zupełnie straciła ochotę na słodycze. Zresztą nie mogła malować czegoś tak delikatnego jak chmury będąc tak wyprowadzoną z równowagi. Postanowiła dla uspokojenia spakować swój kufer, który leżał obecnie na środku pokoju, otworzony i całkowicie pusty. Blondynka spojrzała na niego z niechęcią. Chciałaby już być w Hogwarcie, gdzie nie musiała użerać się ze swoją nienormalną rodziną. Inni robili to za nią. Westchnęła przeciągle sięgając po stojące na pomalowanej w czerwone kwiaty szafce nocnej zdjęcie swojej paczki przyjaciół uśmiechając się lekko. Już jutro ich zobaczy! Co prawda nie wszystkich... na przykład nie będzie z nimi Jamesa, który na zdjęciu mierzwił swoją i tak wiecznie rozczochraną czuprynę, uśmiechając się jak idiota (Rune oczywiście uważała go za kompletnego idiotę, ale co mogła zrobić?), ponieważ dostał ciepłą posadę ścigającego w Armatach z Chudley. Z kolei Fred (którego Rune uwielbiała pod każdym względem) machający do niej przyjaźnie zamierzał grać jako obrońca w Witkach z Chelsea (którym to Scamander bardzo kibicowała). Reszta jednak miała być w pełnym komplecie. Dwie, szczerzące się jak wilkołak do księżyca (i obie tak samo rude) Rose oraz Lily, czochrające sobie nawzajem włosy, nadmiernie wyrośnięty i chudy Hugo z miną, jakby miał zamiar dokonać morderstwa na stojących koło niego dziewczynach oraz jak zawsze stateczny i uśmiechnięty lekko Albus o rozczochranej, czarnej czuprynie, okularkach potterkach i zielonymi oczami pasującymi mu do szalika. Kilku osób oczywiście brakowało...
Tak strasznie tęskniła.
Odkładając zdjęcie rzuciła się w wir pakowania, póki miała na to energię. Wkrótce połowa zawartości szafy została z niej wywalona i porozwieszana po całym pokoju oraz dobrana w zgrabne kostiumy. Dwie zapełnione po brzegi kosmetyczki stały w pełnej gotowości na łóżku, a książki były już w kuferku. Rune umierała za zmęczenia. Nagle musy-świrusy stały się bardzo kuszącą perspektywą. Sięgnęła po kilka z nich, a także po pędzel i farbki, po czym wpychając sobie wszystkie po kolei do buzi zaczęła unosić się w górę.
- Tak jest dużo zabawniej - mruczała do siebie machając pędzlem w estetycznym zakrętasie na końcu białej chmurki - Co ci idioci wiedzą o życiu...
Pracowała tak przez kilka godzin, co jakiś czas pojadając ukochane cukierki, aż zupełnie skończyła malować ścianę. Wyglądała teraz idealnie.
Kiedy tylko stanęła na nogi, wykończona machaniem pędzlem w jej okno zastukała gwałtownie wielka płomykówka.
- Shira! No nareszcie!
***
Albus z zaciekawieniem studiował najnowszy list od przyjaciółki. Przysłała mu kopię swojego pergaminu z wynikiem SUM'ów. Wiedział, że będzie zła. Przez kilka ostatnich dni nie miał głowy na przeczytanie jej listu, a co dopiero na odpowiedzenie! Musiał spakować kufer, co oznaczało przeszukiwanie całego domu w poszukiwaniu potrzebnych mu przedmiotów. Chciał mieć to z głowy. Teraz, kiedy kufer stał grzecznie gotowy w nogach jego łóżka czekała go nagroda. List.
WYNIKI EGZAMINU
POZIOM STANDARDOWYCH UMIEJĘTNOŚCI
MAGICZNYCH
Oceny pozytywne:
wybitny (W)
powyżej oczekiwań (P)
zadowalający (Z)
Oceny negatywne:
nędzny (N)
okropny (O)
troll (T)
RUNE GINEWRA SCAMANDER OTRZYMAŁA:
Astronomia Z
Opieka nad magicznymi zwierzętami W
Zaklęcia P
Obrona przed czarną magią Z
Wróżbiarstwo W
Zielarstwo Z
Historia magii O
Eliksiry W
Transmutacja P
Starożytne runy W
________________________________________
Albus z dumą patrzył na te oceny (w duchu podśmiewając się z postawy Rune co do historii magii), po czym zaczął porównywać je ze swoimi. Z astronomią poszło mu lepiej, ONMZ miał gorzej... Hagrid będzie niepocieszony. Zaklęcia miał na wybitnym, podobnie jak OPCM. Na wróżbiarstwo w ogóle nie chodził. Z zielarstwa cudem wyłuskał powyżej oczekiwań... za to z historii magii miał również wybitny. Eliksiry poszły mu ZDECYDOWANIE źle. Spodziewał się wybitnego, a tu jedynie P?! Nawet nie chciał tego komentować, a transmutacja i numerologia poszły mu wybitnie, co całkowicie mu odpowiadało.
Podsumowując, że w sumie nie poszło im najgorzej przeszedł z uśmiechem do dalszej części listu. Kiedy przeczytał całość naskrobał odpowiedź. Przez ten cały czas trzymał Shirę u siebie w pokoju razem z jego osobistym Merlinem w jednej klatce. Miał nadzieję, że jej codzienny widok zmotywuje go do szybszego uwinięcia się ze wszystkim. Niestety.
- Al? Masz pożyczyć czarodziejskiej taśmy? - zapytała Lily zaglądając przez szparę w drzwiach - Do kogo wysyłasz sowę? - dodała wchodząc już bezpośrednio na teren Albusa.
Westchnął teatralnie w środku.
- Nieważne. - mruknął wyrzucając szybko Shirę za okno, po czym zaczął grzebać w szufladzie biurka - Mógłbym przysiąc, że gdzieś tu miałem ze dwie rolki...
- Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć? - płomiennoruda Lily zmierzyła go brązowymi oczami, unosząc brwi ze zdziwieniem - To jakaś dziewczyna? A może, co gorsza, chłopak? - tu puściła mu oczko, a Albus pokręcił głową nie wierząc własnym uszom.
- Daj spokój - wymamrotał podając jej taśmę - Nic ci nie powiem, a teraz sio! Jak się dzisiaj nie spakujesz oberwie się nam obu, nie tylko tobie.
Lily prychnęła z oburzeniem, ale posłusznie opuściła pokój brata. Albus nie czuł wyrzutów sumienia. Nie ukrywał swojej przyjaźni z Rune. Prawie każdy w szkole o niej wiedział. Nie chciał jednak, żeby wszyscy nagle dowiedzieli się, że są aż tak zżyci. Szczególnie, że ludzie zaczęliby im coś sugerować, a oni straciliby niefrasobliwość, jaką przy sobie zachowywali. Zresztą najwyraźniej Rune też nie powiedziała o tym swojej mamie. Gdyby tak było dowiedziałaby się o tym jako pierwsza Ginny (z którą nadal Luna utrzymywała świetne relacje), a po niej już cała rodzina Potterów. Zawsze tak było. To zaskakujące, jak jej matka szybko rozprzestrzeniała plotki bez użycia tego całego telefonu mugoli (dziadek mu kiedyś o nim wspominał).
Nagle usłyszał z dołu wołanie jego matki (zastanawiał się czasami, czy nie stosowała wobec niego legilimencji). Podskoczył na materacu, po czym z ociąganiem ruszył się na dół, obijając po drodze na wąskiej klatce schodowej.
- Co jest mamo? - wymamrotał wreszcie wchodząc do kuchni.
Ginny stała przy garze z makaronem, patrząc na niego sceptycznie i stukając w energicznie różdżką w kuchenkę.
- Spakowałeś już wszystkie rzeczy? Żeby jutro nie było takiego rabanu jak zawsze! - warknęła ze wściekłością patrząc z nienawiścią na uparte danie.
- Jasne - odparł nieco zdziwiony, przyglądając się jej podejrzliwie.
Takie zwykłe pytania nie były na porządku dziennym w domu Potterów.
- A jak się miewa Rune?
- Mamo...
- Ciocia Luna mówiła, że Rune namalowała obraz na ścianie u niej w pokoju. Biega tam z jakimś chłopakiem po błoniach. Ciocia mówiła, że to możesz być ty... - zaczęła się tłumaczyć rudowłosa, jednak napotykając groźne spojrzenie syna zamilkła natychmiast - Tak się tylko zastanawiałam, co tam u was słychać, to chyba nic złego, no nie?
Albus westchnął. Dokładnie o tym myślał. Pewnie Lily wypaplała, że gdzieś pisał. Mimo wszystko jednak postanowił nie okazywać emocji. Przecież w końcu byli tylko przyjaciółmi. Wystarczyło zachowywać się jak zawsze, kiedy o niej opowiadał jak był mały. Sama przyjacielska, zdrowa relacja, nic więcej.
- Wszystko jest całkowicie okay...
***
Dochodziła prawie północ, kiedy Rune kończyła pakować swój kufer. Została już tylko różdżka, którą blondynka przezornie wetknęła w upięte włosy chcąc mieć pewność, że prędzej czy później się na nią natknie i w efekcie nie zapomni jej spakować, co raz się już zdarzyło. Zresztą co roku musiała wysyłać matce listę rzeczy zapomnianych, a potem kilkakrotnie dopominać się o jakiejś wyjątkowej wartości przedmiot, o którym z kolei zapominała jej wysłać Luna i tak w kółko... weź tu żyj z marzycielami. W każdym bądź razie Rune do tej pory nie zapomniała (a Rose i Albus bardzo często jej to wypominali), jak nie wzięła ze sobą do szkoły różdżki. Było to w drugiej klasie. Dostała ją już na następny dzień, ale dotąd pamiętała jak specjalnie na zaklęcia wybrała się do lasu po patyk, który potem wystrugała w żałosną imitację zaczarowanego kija, którym machała potem przed profesorem Flitwickiem, tłumacząc się, że nie umie uciszyć kruka, bo jest to sprzeczne z jej naturą, a nie z brakiem techniki.
Teraz jednak przynajmniej nigdy o niej nie zapominała, pilnując tego kawałka różanego krzaku z piórem feniksa w środku, o długości 11 i 1/2 cala. To było całe jej szczęście.
I już następnego dnia mogła na powrót zacząć go używać.
Nie mogła się doczekać.
__________________________________
*ugwa angielska - dosyć rzadko występująca roślina, głównie na terenach południowej Anglii. Charakteryzują ją małe, niebieskie liście oraz gigantyczne, białe, jadalne owoce, o smaku zbliżonym do mugolskiej różowej (występującej w Japonii) brzoskwini. Trudna do uprawy. Delikates. (pomysł własny)
Lily prychnęła z oburzeniem, ale posłusznie opuściła pokój brata. Albus nie czuł wyrzutów sumienia. Nie ukrywał swojej przyjaźni z Rune. Prawie każdy w szkole o niej wiedział. Nie chciał jednak, żeby wszyscy nagle dowiedzieli się, że są aż tak zżyci. Szczególnie, że ludzie zaczęliby im coś sugerować, a oni straciliby niefrasobliwość, jaką przy sobie zachowywali. Zresztą najwyraźniej Rune też nie powiedziała o tym swojej mamie. Gdyby tak było dowiedziałaby się o tym jako pierwsza Ginny (z którą nadal Luna utrzymywała świetne relacje), a po niej już cała rodzina Potterów. Zawsze tak było. To zaskakujące, jak jej matka szybko rozprzestrzeniała plotki bez użycia tego całego telefonu mugoli (dziadek mu kiedyś o nim wspominał).
Nagle usłyszał z dołu wołanie jego matki (zastanawiał się czasami, czy nie stosowała wobec niego legilimencji). Podskoczył na materacu, po czym z ociąganiem ruszył się na dół, obijając po drodze na wąskiej klatce schodowej.
- Co jest mamo? - wymamrotał wreszcie wchodząc do kuchni.
Ginny stała przy garze z makaronem, patrząc na niego sceptycznie i stukając w energicznie różdżką w kuchenkę.
- Spakowałeś już wszystkie rzeczy? Żeby jutro nie było takiego rabanu jak zawsze! - warknęła ze wściekłością patrząc z nienawiścią na uparte danie.
- Jasne - odparł nieco zdziwiony, przyglądając się jej podejrzliwie.
Takie zwykłe pytania nie były na porządku dziennym w domu Potterów.
- A jak się miewa Rune?
- Mamo...
- Ciocia Luna mówiła, że Rune namalowała obraz na ścianie u niej w pokoju. Biega tam z jakimś chłopakiem po błoniach. Ciocia mówiła, że to możesz być ty... - zaczęła się tłumaczyć rudowłosa, jednak napotykając groźne spojrzenie syna zamilkła natychmiast - Tak się tylko zastanawiałam, co tam u was słychać, to chyba nic złego, no nie?
Albus westchnął. Dokładnie o tym myślał. Pewnie Lily wypaplała, że gdzieś pisał. Mimo wszystko jednak postanowił nie okazywać emocji. Przecież w końcu byli tylko przyjaciółmi. Wystarczyło zachowywać się jak zawsze, kiedy o niej opowiadał jak był mały. Sama przyjacielska, zdrowa relacja, nic więcej.
- Wszystko jest całkowicie okay...
***
Dochodziła prawie północ, kiedy Rune kończyła pakować swój kufer. Została już tylko różdżka, którą blondynka przezornie wetknęła w upięte włosy chcąc mieć pewność, że prędzej czy później się na nią natknie i w efekcie nie zapomni jej spakować, co raz się już zdarzyło. Zresztą co roku musiała wysyłać matce listę rzeczy zapomnianych, a potem kilkakrotnie dopominać się o jakiejś wyjątkowej wartości przedmiot, o którym z kolei zapominała jej wysłać Luna i tak w kółko... weź tu żyj z marzycielami. W każdym bądź razie Rune do tej pory nie zapomniała (a Rose i Albus bardzo często jej to wypominali), jak nie wzięła ze sobą do szkoły różdżki. Było to w drugiej klasie. Dostała ją już na następny dzień, ale dotąd pamiętała jak specjalnie na zaklęcia wybrała się do lasu po patyk, który potem wystrugała w żałosną imitację zaczarowanego kija, którym machała potem przed profesorem Flitwickiem, tłumacząc się, że nie umie uciszyć kruka, bo jest to sprzeczne z jej naturą, a nie z brakiem techniki.
Teraz jednak przynajmniej nigdy o niej nie zapominała, pilnując tego kawałka różanego krzaku z piórem feniksa w środku, o długości 11 i 1/2 cala. To było całe jej szczęście.
I już następnego dnia mogła na powrót zacząć go używać.
Nie mogła się doczekać.
__________________________________
*ugwa angielska - dosyć rzadko występująca roślina, głównie na terenach południowej Anglii. Charakteryzują ją małe, niebieskie liście oraz gigantyczne, białe, jadalne owoce, o smaku zbliżonym do mugolskiej różowej (występującej w Japonii) brzoskwini. Trudna do uprawy. Delikates. (pomysł własny)