środa, 1 czerwca 2016

2. Pakowanie kufrów złem najwyższym.

Rune próbowała skupić się na obiedzie. Naprawdę usilnie się starała. Jednak kiedy patrzyła na swoich braci nie mogła powstrzymać błyskawic latających z jej oczu, ani kiwania głową z pełną dezaprobatą. Na swoje usprawiedliwienie stwierdziła, że każdy by tak zareagował patrząc na ich bitwę na sterowalne śliwki, które zostały podane do zasmażanych nietoperzy w mozzarelli. Jedyną zabawną stroną tej sytuacji było to, że wyrzucane śliwki często wracały do wyrzucającego na zasadzie bumeranga, tym samym bijąc chłopców po twarzy.
- Na ogniste popioły feniksa, czy wy nie możecie chociaż raz być poważni? W tym roku piszecie SUM'y! - głowa rodziny Scamanderów widocznie straciła cierpliwość, dostając trzecią śliwką z rzędu prosto między oczy - Zachowujcie się na swój wiek! - dodał już nieco spokojniej ich ojciec marszcząc groźnie brwi.
Luna, jak zwykle w swoim świecie, patrzyła przez okno obgryzając skrzydło niewielkiego nietoperza i tym samym pozostawiając mężowi kwestie wychowawcze. Zresztą jak zwykle. Rune musiała przyznać, że jej tata miał gadane. Odziedziczyła to po nim, co zwykle ujawniało się nerwowym słowotokiem w stresujących ją sytuacjach. Pewnie dlatego na SUM'ach z wróżbiarstwa nie poszło jej wcale aż tak źle, mimo że tego dnia w tej przeklętej kuli nie mogła dojrzeć prawie zupełnie nic.
W każdym razie z zaciekawieniem obserwowała odgrywającą się przy stole scenie. Jej bracia, którzy za główny cel życiowy postawili sobie chyba zastąpienie Freda i George'a Weasleyów oraz ich opinii dowcipnisiów z młodości, zachowywali się dziecinnie tylko w domu, podczas gdy w szkole zgrywali śmiesznych, aczkolwiek szanujących się ludzi.
Zresztą nie tylko to. Rune zauważyła już, że jej przystojni ponad miarę (jak mawiały jej koleżanki, ona uznawała ich za obślizgłe szczury) bracia uganiają się za wszystkimi dziewczynami od klasy niżej, aż do siódmoklasistek. Ile razy przyłapywała ich, jak całowali się z jej znajomymi z klasy w ciemnych kątach i opuszczonych klasach? Ona oczywiście prowadziła tam akcje dywersyjne z przyjaciółmi. Nic innego. Teraz jednak na wspomnienie języka Lorcana oblizującego usta Fiony Finnigan z jej rocznika o mało co nie zwróciła wszystkich swoich nietoperzy...
- To ja już chyba podziękuję - mruknęła walcząc z mdłościami i odsuwając swój talerz z resztkami obiadu na długość rąk - Jak coś będę w swoim pokoju...
- Nie chcesz deseru? - tata wskazał w kierunku kuchni, skąd czuć było zapach ciasta z owocami ugwy angielskiej*.
- Nie. Muszę nażreć się musów-świrusów, żeby skończyć domalowywać niebo nad Hogwartem na mojej ścianie...
-Przecież możesz podlecieć tam na miotle - zauważył Lorcan, odgarniając przy tym grzywkę z twarzy i uśmiechając się złośliwie - Jesteś pewna, że potrzebne ci jest pożarcie paczki słodyczy? Uważasz, że jesteś za chuda?
- Nie - odparła Rune spoglądając na niego twardo - Po prostu lubię słodycze, okej? A tobie nic do tego spetryfikowany gumochłonie.
Po tych słowach obróciła się na pięcie i starając się nie wybuchnąć gniewem wbiegła po wąskich, krętych schodach obitych kolorową tkaniną. Kiedy pokonała dwa piętra i wspinała się właśnie na drabinę prowadzącą do jej pokoju w oczach miała łzy wściekłości. Czy ten mały chłystek naprawdę sądził, że może się tak do niej odzywać? Coś sugerować? Prawda była taka, że nie lubiła Lorcana, a w każdym razie dużo mniej, niż Lysandera. Po prostu z tym drugim bratem miała więcej wspólnego. Wyglądali podobnie - te same jasne włosy i oczy, podczas kiedy Lorcan chodź niemalże identyczny z twarzy i budowy, jeżeli chodzi o swojego bliźniaka, to jego włosy były kruczoczarne (pewnie właśnie z tego powodu dziewczyny nazywały ich ying i yang), ale również Lys z charakteru był dużo bardziej zbliżony do matki, podobnie jak Rune, choć było mu mówiąc szczerze do nich nadal bardzo daleko. Jednak nawet pomijając to, blondynka najzwyczajniej w świecie nienawidziła ich wiecznych przytyków, czy dokuczania. Potrafili zachowywać się niekiedy naprawdę okrutnie i o ile Lorcana tłumaczyła w jakiś niejasny sposób przynależność do Slytherinu, to Lysandera nie tłumaczyło nic. Był w Gryffindorze do cholery! Co było z nim nie tak? Co prawda Rune zdarzały się niekiedy incydenty nadmiernej złośliwości, a także określaną ją jako sprytną, ale zawsze na tym polu ustępowała temu dwojgu szatanów. Oni nawet z tego rozdzielenia ich do innych domów (Rune była przekonana, że Tiara Przydziału obserwując ich głowy od środka chciała za wszelką cenę nie dopuścić do ich nadmiernego kontaktu i właśnie dlatego umieściła ich w dwóch nienawidzących siebie domach - cóż, nie udało się!) potrafili wyciągnąć korzyści. Co prawda przez całą pierwszą klasę narzekali, że rozdzielenie ich jest niemoralne, ale już w drugiej odkryli zalety dostępu do Pokojów Wspólnych dwóch domów, a nawet trzech (w tym celu usiłowali odwiedzać Rune w jej Wieży). Zawsze więcej ludzi, do zrobienia im kawału, więcej lasek do poderwania, czy sekretów do podsłuchania.  
Rune wlazła do swojego pokoju i przesunęła ciężki fotel z powrotem na klapę, po czym na niego opadła, zdmuchując przy okazji pchające się jej do oczu włosy. Nagle zupełnie straciła ochotę na słodycze. Zresztą nie mogła malować czegoś tak delikatnego jak chmury będąc tak wyprowadzoną z równowagi. Postanowiła dla uspokojenia spakować swój kufer, który leżał obecnie na środku pokoju, otworzony i całkowicie pusty. Blondynka spojrzała na niego z niechęcią. Chciałaby już być w Hogwarcie, gdzie nie musiała użerać się ze swoją nienormalną rodziną. Inni robili to za nią. Westchnęła przeciągle sięgając po stojące na pomalowanej w czerwone kwiaty szafce nocnej zdjęcie swojej paczki przyjaciół uśmiechając się lekko. Już jutro ich zobaczy! Co prawda nie wszystkich... na przykład nie będzie z nimi Jamesa, który na zdjęciu mierzwił swoją i tak wiecznie rozczochraną czuprynę, uśmiechając się jak idiota (Rune oczywiście uważała go za kompletnego idiotę, ale co mogła zrobić?), ponieważ dostał ciepłą posadę ścigającego w Armatach z Chudley. Z kolei Fred (którego Rune uwielbiała pod każdym względem) machający do niej przyjaźnie zamierzał grać jako obrońca w Witkach z Chelsea (którym to Scamander bardzo kibicowała). Reszta jednak miała być w pełnym komplecie. Dwie, szczerzące się jak wilkołak do księżyca (i obie tak samo rude) Rose oraz Lily, czochrające sobie nawzajem włosy, nadmiernie wyrośnięty i chudy Hugo z miną, jakby miał zamiar dokonać morderstwa na stojących koło niego dziewczynach oraz jak zawsze stateczny i uśmiechnięty lekko Albus o rozczochranej, czarnej czuprynie, okularkach potterkach i zielonymi oczami pasującymi mu do szalika. Kilku osób oczywiście brakowało...
Tak strasznie tęskniła.
Odkładając zdjęcie rzuciła się w wir pakowania, póki miała na to energię. Wkrótce połowa zawartości szafy została z niej wywalona i porozwieszana po całym pokoju oraz dobrana w zgrabne kostiumy. Dwie zapełnione po brzegi kosmetyczki stały w pełnej gotowości na łóżku, a książki były już w kuferku. Rune umierała za zmęczenia. Nagle musy-świrusy stały się bardzo kuszącą perspektywą. Sięgnęła po kilka z nich, a także po pędzel i farbki, po czym wpychając sobie wszystkie po kolei do buzi zaczęła unosić się w górę. 
- Tak jest dużo zabawniej - mruczała do siebie machając pędzlem w estetycznym zakrętasie na końcu białej chmurki - Co ci idioci wiedzą o życiu...
Pracowała tak przez kilka godzin, co jakiś czas pojadając ukochane cukierki, aż zupełnie skończyła malować ścianę. Wyglądała teraz idealnie.
Kiedy tylko stanęła na nogi, wykończona machaniem pędzlem w jej okno zastukała gwałtownie wielka płomykówka.
- Shira! No nareszcie!

*** 

Albus z zaciekawieniem studiował najnowszy list od przyjaciółki. Przysłała mu kopię swojego pergaminu z wynikiem SUM'ów. Wiedział, że będzie zła. Przez kilka ostatnich dni nie miał głowy na przeczytanie jej listu, a co dopiero na odpowiedzenie! Musiał spakować kufer, co oznaczało przeszukiwanie całego domu w poszukiwaniu potrzebnych mu przedmiotów. Chciał mieć to z głowy. Teraz, kiedy kufer stał grzecznie gotowy w nogach jego łóżka czekała go nagroda. List.

WYNIKI EGZAMINU
POZIOM STANDARDOWYCH UMIEJĘTNOŚCI
 MAGICZNYCH 

Oceny pozytywne:
   wybitny (W)
   powyżej oczekiwań (P)
   zadowalający (Z)

Oceny negatywne:
   nędzny (N)
   okropny (O)
   troll (T)

RUNE GINEWRA SCAMANDER OTRZYMAŁA:

Astronomia     Z
Opieka nad magicznymi zwierzętami    W
Zaklęcia     P
Obrona przed czarną magią     Z
Wróżbiarstwo     W
Zielarstwo     Z
Historia magii    O
Eliksiry     W
Transmutacja     P
Starożytne runy     W
________________________________________

Albus z dumą patrzył na te oceny (w duchu podśmiewając się z postawy Rune co do historii magii), po czym zaczął porównywać je ze swoimi. Z astronomią poszło mu lepiej, ONMZ miał gorzej... Hagrid będzie niepocieszony. Zaklęcia miał na wybitnym, podobnie jak OPCM. Na wróżbiarstwo w ogóle nie chodził. Z zielarstwa cudem wyłuskał powyżej oczekiwań... za to z historii magii miał również wybitny. Eliksiry poszły mu ZDECYDOWANIE źle. Spodziewał się wybitnego, a tu jedynie P?! Nawet nie chciał tego komentować, a transmutacja i numerologia poszły mu wybitnie, co całkowicie mu odpowiadało. 
Podsumowując, że w sumie nie poszło im najgorzej przeszedł z uśmiechem do dalszej części listu. Kiedy przeczytał całość naskrobał odpowiedź. Przez ten cały czas trzymał Shirę u siebie w pokoju razem z jego osobistym Merlinem w jednej klatce. Miał nadzieję, że jej codzienny widok zmotywuje go do szybszego uwinięcia się ze wszystkim. Niestety. 
- Al? Masz pożyczyć czarodziejskiej taśmy? - zapytała Lily zaglądając przez szparę w drzwiach - Do kogo wysyłasz sowę? - dodała wchodząc już bezpośrednio na teren Albusa.
Westchnął teatralnie w środku.
- Nieważne. - mruknął wyrzucając szybko Shirę za okno, po czym zaczął grzebać w szufladzie biurka - Mógłbym przysiąc, że gdzieś tu miałem ze dwie rolki...
- Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć? - płomiennoruda Lily zmierzyła go brązowymi oczami, unosząc brwi ze zdziwieniem - To jakaś dziewczyna? A może, co gorsza, chłopak? - tu puściła mu oczko, a Albus pokręcił głową nie wierząc własnym uszom.
- Daj spokój - wymamrotał podając jej taśmę - Nic ci nie powiem, a teraz sio! Jak się dzisiaj nie spakujesz oberwie się nam obu, nie tylko tobie.
Lily prychnęła z oburzeniem, ale posłusznie opuściła pokój brata. Albus nie czuł wyrzutów sumienia. Nie ukrywał swojej przyjaźni z Rune. Prawie każdy w szkole o niej wiedział. Nie chciał jednak, żeby wszyscy nagle dowiedzieli się, że są aż tak zżyci. Szczególnie, że ludzie zaczęliby im coś sugerować, a oni straciliby niefrasobliwość, jaką przy sobie zachowywali. Zresztą najwyraźniej Rune też nie powiedziała o tym swojej mamie. Gdyby tak było dowiedziałaby się o tym jako pierwsza Ginny (z którą nadal Luna utrzymywała świetne relacje), a po niej już cała rodzina Potterów. Zawsze tak było. To zaskakujące, jak jej matka szybko rozprzestrzeniała plotki bez użycia tego całego telefonu mugoli (dziadek mu kiedyś o nim wspominał).
Nagle usłyszał z dołu wołanie jego matki (zastanawiał się czasami, czy nie stosowała wobec niego legilimencji). Podskoczył na materacu, po czym z ociąganiem ruszył się na dół, obijając po drodze na wąskiej klatce schodowej.
- Co jest mamo? - wymamrotał wreszcie wchodząc do kuchni.
Ginny stała przy garze z makaronem, patrząc na niego sceptycznie i stukając w energicznie różdżką w kuchenkę.
- Spakowałeś już wszystkie rzeczy? Żeby jutro nie było takiego rabanu jak zawsze! - warknęła ze wściekłością patrząc z nienawiścią na uparte danie.
- Jasne - odparł nieco zdziwiony, przyglądając się jej podejrzliwie.
Takie zwykłe pytania nie były na porządku dziennym w domu Potterów.
- A jak się miewa Rune?
- Mamo...
- Ciocia Luna mówiła, że Rune namalowała obraz na ścianie u niej w pokoju. Biega tam z jakimś chłopakiem po błoniach. Ciocia mówiła, że to możesz być ty... - zaczęła się tłumaczyć rudowłosa, jednak napotykając groźne spojrzenie syna zamilkła natychmiast - Tak się tylko zastanawiałam, co tam u was słychać, to chyba nic złego, no nie?
Albus westchnął. Dokładnie o tym myślał. Pewnie Lily wypaplała, że gdzieś pisał. Mimo wszystko jednak postanowił nie okazywać emocji. Przecież w końcu byli tylko przyjaciółmi. Wystarczyło zachowywać się jak zawsze, kiedy o niej opowiadał jak był mały. Sama przyjacielska, zdrowa relacja, nic więcej.
- Wszystko jest całkowicie okay...

***
Dochodziła prawie północ, kiedy Rune kończyła pakować swój kufer. Została już tylko różdżka, którą blondynka przezornie wetknęła w upięte włosy chcąc mieć pewność, że prędzej czy później się na nią natknie i w efekcie nie zapomni jej spakować, co raz się już zdarzyło. Zresztą co roku musiała wysyłać matce listę rzeczy zapomnianych, a potem kilkakrotnie dopominać się o jakiejś wyjątkowej wartości przedmiot, o którym z kolei zapominała jej wysłać Luna i tak w kółko... weź tu żyj z marzycielami. W każdym bądź razie Rune do tej pory nie zapomniała (a Rose i Albus bardzo często jej to wypominali), jak nie wzięła ze sobą do szkoły różdżki. Było to w drugiej klasie. Dostała ją już na następny dzień, ale dotąd pamiętała jak specjalnie na zaklęcia wybrała się do lasu po patyk, który potem wystrugała w żałosną imitację zaczarowanego kija, którym machała potem przed profesorem Flitwickiem, tłumacząc się, że nie umie uciszyć kruka, bo jest to sprzeczne z jej naturą, a nie z brakiem techniki.
Teraz jednak przynajmniej nigdy o niej nie zapominała, pilnując tego kawałka różanego krzaku z piórem feniksa w środku, o długości 11 i 1/2 cala. To było całe jej szczęście.
I już następnego dnia mogła na powrót zacząć go używać.
Nie mogła się doczekać.

__________________________________

*ugwa angielska - dosyć rzadko występująca roślina, głównie na terenach południowej Anglii. Charakteryzują ją małe, niebieskie liście oraz gigantyczne, białe, jadalne owoce, o smaku zbliżonym do mugolskiej różowej (występującej w Japonii) brzoskwini. Trudna do uprawy. Delikates. (pomysł własny)

środa, 25 maja 2016

1. Sumy atakują.

 Mogłaby przysiąc, że jeszcze sekundę temu pod ręką trzymała żółtą farbę. Co się z nią ostatnio działo? Od kilku dobrych dni była jeszcze bardziej roztrzepana niż zawsze. Ciągle coś gubiła, zostawiała niedokończone rysunki i rzeźby po całym domu, przypalała jedzenie, a nawet przez pomyłkę zaczęła myć włosy różową farbą. Całe szczęście, że się w porę zorientowała. Teraz różowe miała tylko końcówki, co mogło uchodzić nawet za celowy efekt, gdyby nie fakt, że Rune nie była fanką tego koloru i każdy jej znajomy świetnie o tym wiedział. Nie mogła się jednak zmusić do podcięcia swoich sięgających pasa blond kłaków, które odziedziczyła po matce. Przecież to byłoby skrajne załamanie jej wizerunku. Kimże by była bez wiecznie roześmianych, błękitnych oczu i tych prawie białych kudłów? Mogłaby uchodzić za Malfoyównę, gdyby nie fakt, że była dumnym, ceniącym  chrapaki krętorogie ponad wszystko Scamanderem, co oznajmiała wszem i wobec, gdy tylko ktoś jej dokuczał na temat podobieństwa do jej kumpla Scorpiusa.
Teraz jednak z szałem w oczach spowodowanym zagubieniem tak przecież potrzebnej jej żółtej farby mogłaby z pewnością uchodzić za nieźle wkurzoną Ślizgonkę. Po przeszukaniu trzech szuflad wypełnionych po brzegi piórami, brystolami, płótnami, paletami malarskimi, pędzlami i jeszcze większą ilością farb o różnych właściwościach, zrezygnowana Rune opadła na łóżko ze zdławionym poduszką krzykiem, na który jak na wezwanie wpadła do pokoju jej matka (a raczej wpadłaby, gdyby klapę w podłodze, służącą Rune za drzwi, nie przygniatał sporych rozmiarów fotel, zasłany ciuchami).
- Coś się stało? Odsuń to takie, co stoi na tych drzwiach, bo wejść nie mogę - wysapała Luna mocując się z ważącym tonę fotelem.
- Zostaw mnie. Sieję wokół siebie zniszczenie. Jeszcze zabrudzę ci ubranie, albo podpalę włosy... - jęczała Rune, machając na matkę ubrudzoną od czerwonej farby ręką.
Luna jednak zręcznie poradziła sobie z fotelem podważając drzwi jakimś wyjątkowo wymyślnym zaklęciem. Wskoczyła z niespodziewaną gracją do pokoju córki, rzucając badawcze spojrzenie na w połowie ukończony obraz stojący na sztaludze i robiąc nieco zdegustowaną minę, gdy zauważyła powszechnie panujący bałagan.
- Jako dobra matka powinnam kazać ci posprzątać... - zaczęła, jednak słysząc jęknięcie córki zaprzestała dalszych wymuszonych kazań - Ale jako dobra kobieta najpierw pomogę ci z problemem - zawyrokowała podchodząc do niezasłanego łóżka i siadając na jego brzegu.
Rune obserwując ją czuła pewnego rodzaju zazdrość. Jej mama wyrosła już jakiś czas temu z wiecznego nieogarnięcia. Co prawda dalej ubierała się ekscentrycznie, a jej poglądy co do zupy z plumpek słodkowodnych nie zmieniły się w najmniejszym nawet stopniu, ale w tym całym szaleństwie odnalazła to, co zwykła mawiać harmonią.
No Rune to tej harmonii nie miała za knuta, albo i nawet mniej.
Podciągając blade nogi pod brodę, aby zrobić matce więcej miejsca, zapatrzyła się w przeciwległą do niej ścianę, na której znajdował się dość sporych rozmiarów obraz przedstawiający jej widok z okna w dormitorium na Wieży Krukonów. Jezioro, błonia, chatka Hagrida, grządka z dyniami, kawałek Zakazanego Lasu... i ją skradającą się po ścieżce razem z najlepszym przyjacielem.
Na sto harpii, jak ona tęskniła za szkołą! Co prawda tegoroczne SUM'y nieco dały jej w kość, za to ten tydzień po nich był jednym z najlepszych w jej życiu...
- SUMY! - wykrzyknęła nagle doznając olśnienia - Przecież niedługo mają być wyniki. Jestem pewna, że zupełnie nieświadomie się nimi stresuję, dlatego jestem bardziej roztrzepana, niż zazwyczaj... - dodała, widząc zdziwioną twarz jej matki, która na te słowa pokiwała w zamyśleniu głową.
- Pewnie masz rację. Nadajesz się na matkę bardziej ode mnie - westchnęła wstając i robiąc w zamyśleniu parę kroków - Ale nie, nie, nie! To nie było pozwolenie, żebyś została matką. Jak skończysz szkołę, to pogadamy. Weź posprzątaj ten pokój - wymamrotała jeszcze schodząc po drabince przez dziurę w podłodze.
Rune przyglądała się jeszcze chwilę miejscu, gdzie zniknęła Luna, po czym podniosła się leniwie z łóżka. Teraz, kiedy już domyśliła się źródła jej stresowego roztargnienia, całkowicie się wyluzowała... a przynajmniej próbowała to sobie wmówić. Z nowym zapałem poczęła szukać żółtego, który nagle przestał jej być potrzebny, bo przecież złoty znicz wcale nie był żółty,  a właśnie złoty... więc po co była jej kanarkowa farba? Zastanawiając się odgarnęła włosy za ucho, natrafiając na tubkę z żółtą farbą. To był chyba jakiś żart...

***

Albus siedział pod rozłożystą wierzbą, machając głową w rytm lecącej z zaczarowanego radia piosenki. Nawet specjalnie jej nie słuchał. Najlepsze przeboje Aureliusa Moore znudziły mu się po pierwszym tygodniu wakacji, a co dopiero miał czuć po miesiącu? Dokładnie, mdłości.
Jednak mimo tych niesamowitych, gorących, letnich hitów i równie upalnej temperatury wakacje miał całkiem udane. Co prawda nie wychodził zbyt często z domu, a zadania domowe na przyszły rok miał już dawno odrobione, ale wcale się nie nudził.
Przez całe lato pisał listy ze swoją najlepszą kumpelą. Tęsknił za nią strasznie, ale pocieszał się wizją całego roku bez żadnych SUM'ów, owutemów,czy innych pierdół, a za to z uczeniem się, wygłupianiem i planowaniem szatańskich intryg chowając się po błoniach razem z jego blond wariatką . Choć to ostatnie robił pod JEJ sporymi przymusami... to w sumie nie miał nic przeciwko. Najzwyczajniej w świecie lubił patrzeć na ten szalony błysk w jej oku, kiedy gwałtownie gestykulując przekonywała go do łamania regulaminu...
Wtem rozmyślania przerwało mu uderzenie kaflem w czoło.
- Te, marzyciel! Podasz kafla? - wydarł się James machając do niego głupio i szczerząc się jak idiota, którym według Albusa absolutnie przecież był.
Zdaniem Albusa to jakaś czarna magia pozwalała mu nie spadać z miotły. W sumie podobnie jak całej reszcie. Jak co tydzień w sobotę odbywał się u Potterów "rodzinny obiad", na który zapraszani byli co bliżsi krewni ich matki oraz przyjaciele ojca. Stałym kompletem okazali się jednak głownie wujek Ron i ciotka Hermiona z Rose oraz Hugonem, wujek George z Angeliną oraz dziadkowie. Okazjonalnie wpadali jeszcze inni, ale cóż, akurat tego dnia ich nie było, a wszyscy kuzyni, poza oczywiście Albusem, rozgrywali mecz o przyniesiony przez wujka George'a najnowszej generacji proszek natychmiastowej ciemności i najnowszy dodatek bombonierki Lesser'a - mrowijki tęczowe, powodujące zabawne mrowienie w kończynach, które jednak łatwo można pomylić z gorączkowymi dreszczami.
- Al! Chodź z nami pograć! - wrzasnęła Rose z nieszczęśliwą miną - Przydałby się nam ktoś do drużyny! Hugo, Lily i James skopią mi i Fredowi tyłki! Nie udawaj, że nie. Ja ledwo siedzę na tym dziadostwie - ostatnie dwa zdania wysyczała do próbującego protestować kuzyna.
- Dzięki. Mogę wam co najwyżej pokibicować... - zaoferował podnosząc się z ziemi i rzucając kafla w kierunku Jamesa - Rose! Twoje imię jak róża! Grasz w qudditcha jak burza! A Fred... nie jesteś jak fretka! Ani nawet skarpetka! Ze spodni wystaje ci metka!
Wszyscy głośno ryknęli śmiechem i podjęli pieśń zgodnym chórem. Wydawało się, że nic nie zepsuje ich świetnego humoru, aż tu nagle z nieba spadło kilka, poważnie wyglądających sów...
- Kryć się! Wyniki z SUM'ów atakują! - krzyknęła Rose i rzuciła się w stronę domu, uciekając przed próbującą dostarczyć jej paczkę sową - Żywcem mnie nie dostaniesz! Odejdź mi z tym nieczystym nasieniem!
Hugo zeskoczywszy na ziemię zaczął śmiać się szatańsko, licząc widocznie na to, że siostrze nie poszło najlepiej, co odwróciłoby pewnie na chwilę uwagę od tego, że ostatnio wysadził w powietrze ulubioną mandragorę jego matki, do której przywiązał sporych rozmiarów fajerwerka ze sklepu wujka George'a.
Zaciekawiony jednak własnym listem Albus odwiązał papier z nogi sporej, śnieżnej sowy i rozwinął zwój...
- Na galopujące chrapaki! 
____________________

Jest i pierwszy rozdział! Mam szczerą nadzieję, że wam się podoba :D Jest dosyć krótki, ale to bodajże ostatni tak króciutki rozdzialik :3
SUM-y to zło nieczyste.
Amen.
Widzimy się w następną środę, nie zapomnijcie! Zaobserwujcie mojego bloga, żeby dostawać powiadomienia! :)

Pozytywnie Pomyluna xx

poniedziałek, 23 maja 2016

Prolog

Rune stała nieśmiało koło matki przystrojonej w sukienkę z pędów wnykopieńków. Od małego rodzice opowiadali jej o ich Hogwardzkich przygodach łącznie z pierwszą podróżą pociągiem. Według ich przekonywań (nawet jej ekscentrycznej matki) ludzie byli mili i otwarci, szczególnie ci, którzy nie znali nikogo innego. Trzeba w końcu się z kimś przyjaźnić, a nie znając nikogo wybór nie był zawsze oczywisty.
Mimo wszystko Rune przeżywała chwilę stresu. Kojarzyła parę osób (w tym jej młodszych braci  Lorcana i Lysandra, z czego nie była wcale dumna), zwłaszcza dzieci znajomych jej rodziców. Małych Wesleyów i Potterów, a także młodego Malfoy'a, choć w sumie kompletnie nie miała z nim nawet najmniejszego kontaktu i nie była do końca pewna, jak wygląda.
Pewnie dlatego teraz stojąc na nogach z waty ruszyła nieco chwiejnie w kierunku najbliższego wagonu, dzielnie pchając przed sobą wielki kufer oraz klatkę ze Shirą - jej wielką płomykówką, którą dostała na jedenaste urodziny. Przez jej głowę gnało tysiące myśli. Czy trafi do Ravenclawu, tak jak jej matka? Może jest na to za głupia? Czy znajdzie sobie przyjaciół? Czy nie zgubi się przy pierwszej okazji w Zakazanym Lesie?
Kiedy dotarła wreszcie do schodków prowadzących do pociągu cała była zlana potem.
- Pa mamo! Widzimy się na przerwie świątecznej - powiedziała zwracając się do jasnowłosej kobiety o rozmarzonym spojrzeniu, które teraz skupiło się na twarzy Rune, dodając jej tym samym otuchy.
- Oczywiście. Wszystko będzie w porządku. W Hogwarcie mają świetny budyń - zapewniła Luna Scamander uśmiechając się łagodnie i uwidaczniając przy tym kurze łapki w kącikach jej wielkich oczu - Kocham cię,
- Ja ciebie też.
Po pocałowaniu matki w policzek drobna blondynka z błękitnymi jak bezchmurne niebo oczami weszła do wagonu pewnie stąpając na małych stópkach w skórzanych ciżemkach. Ruszyła wzdłuż pociągowego korytarza przeszukując wzrokiem kolejne przedziały i usiłując znaleźć na taki, który przypadłby jej do gustu. Kiedy po przejściu w tę i z powrotem niemal całego sektoru, w którym cisnęli się pierwszoroczni miała się poddać i zdać się na los, nagle ktoś zupełnie nieoczekiwanie otworzył drzwi jednego z przedziałów z siłą odrzutu o mocy stu rozpędzonych na kolejne górskiej testrali i uderzył prosto w klatkę ze śpiącą Shirą jak i tors nieszczęsnej Rune, która niespodziewanie znalazła się na równym poziomie z podłogą ruszającego właśnie pociągu.
Nieco oszołomiona uniosła się na rękach i rozejrzała za osobą, która ją przewróciła.
- Tak mi przykro! Żyjesz jakoś? - przed jej twarzą pojawiła się pomocna dłoń - Często zdarza ci się witać z podłogą w nowym miejscu?
- Robię to hobbystycznie...
Tak właśnie Rune poznała Albusa Severusa Pottera.

________________

Hej, hej! Pisanie prologów to nie jest mój konik, definitywnie. Mimo wszystko mam nadzieję, że wam się spodobał! Jeżeli tak, serdecznie zapraszam na pierwszy rozdział, który pojawi się w środę o 17.00 (co tydzień o tej godzinie będzie nowy post :3) i serdecznie proszę o rozsyłanie mojego opowiadania znajomym (a nuż im się spodoba?)! :D 

Z góry dziękuję wszystkim za wszelką aktywność na tym blogu! Komentarze mile widziane :)

Wasza PozytywniePomyluna xx

ps. Jakby ktoś się znał na robieniu szablonów, lub znał kogoś kto się zna, to proszę serdecznie o info. Kocham was :') 

Obserwatorzy