środa, 25 maja 2016

1. Sumy atakują.

 Mogłaby przysiąc, że jeszcze sekundę temu pod ręką trzymała żółtą farbę. Co się z nią ostatnio działo? Od kilku dobrych dni była jeszcze bardziej roztrzepana niż zawsze. Ciągle coś gubiła, zostawiała niedokończone rysunki i rzeźby po całym domu, przypalała jedzenie, a nawet przez pomyłkę zaczęła myć włosy różową farbą. Całe szczęście, że się w porę zorientowała. Teraz różowe miała tylko końcówki, co mogło uchodzić nawet za celowy efekt, gdyby nie fakt, że Rune nie była fanką tego koloru i każdy jej znajomy świetnie o tym wiedział. Nie mogła się jednak zmusić do podcięcia swoich sięgających pasa blond kłaków, które odziedziczyła po matce. Przecież to byłoby skrajne załamanie jej wizerunku. Kimże by była bez wiecznie roześmianych, błękitnych oczu i tych prawie białych kudłów? Mogłaby uchodzić za Malfoyównę, gdyby nie fakt, że była dumnym, ceniącym  chrapaki krętorogie ponad wszystko Scamanderem, co oznajmiała wszem i wobec, gdy tylko ktoś jej dokuczał na temat podobieństwa do jej kumpla Scorpiusa.
Teraz jednak z szałem w oczach spowodowanym zagubieniem tak przecież potrzebnej jej żółtej farby mogłaby z pewnością uchodzić za nieźle wkurzoną Ślizgonkę. Po przeszukaniu trzech szuflad wypełnionych po brzegi piórami, brystolami, płótnami, paletami malarskimi, pędzlami i jeszcze większą ilością farb o różnych właściwościach, zrezygnowana Rune opadła na łóżko ze zdławionym poduszką krzykiem, na który jak na wezwanie wpadła do pokoju jej matka (a raczej wpadłaby, gdyby klapę w podłodze, służącą Rune za drzwi, nie przygniatał sporych rozmiarów fotel, zasłany ciuchami).
- Coś się stało? Odsuń to takie, co stoi na tych drzwiach, bo wejść nie mogę - wysapała Luna mocując się z ważącym tonę fotelem.
- Zostaw mnie. Sieję wokół siebie zniszczenie. Jeszcze zabrudzę ci ubranie, albo podpalę włosy... - jęczała Rune, machając na matkę ubrudzoną od czerwonej farby ręką.
Luna jednak zręcznie poradziła sobie z fotelem podważając drzwi jakimś wyjątkowo wymyślnym zaklęciem. Wskoczyła z niespodziewaną gracją do pokoju córki, rzucając badawcze spojrzenie na w połowie ukończony obraz stojący na sztaludze i robiąc nieco zdegustowaną minę, gdy zauważyła powszechnie panujący bałagan.
- Jako dobra matka powinnam kazać ci posprzątać... - zaczęła, jednak słysząc jęknięcie córki zaprzestała dalszych wymuszonych kazań - Ale jako dobra kobieta najpierw pomogę ci z problemem - zawyrokowała podchodząc do niezasłanego łóżka i siadając na jego brzegu.
Rune obserwując ją czuła pewnego rodzaju zazdrość. Jej mama wyrosła już jakiś czas temu z wiecznego nieogarnięcia. Co prawda dalej ubierała się ekscentrycznie, a jej poglądy co do zupy z plumpek słodkowodnych nie zmieniły się w najmniejszym nawet stopniu, ale w tym całym szaleństwie odnalazła to, co zwykła mawiać harmonią.
No Rune to tej harmonii nie miała za knuta, albo i nawet mniej.
Podciągając blade nogi pod brodę, aby zrobić matce więcej miejsca, zapatrzyła się w przeciwległą do niej ścianę, na której znajdował się dość sporych rozmiarów obraz przedstawiający jej widok z okna w dormitorium na Wieży Krukonów. Jezioro, błonia, chatka Hagrida, grządka z dyniami, kawałek Zakazanego Lasu... i ją skradającą się po ścieżce razem z najlepszym przyjacielem.
Na sto harpii, jak ona tęskniła za szkołą! Co prawda tegoroczne SUM'y nieco dały jej w kość, za to ten tydzień po nich był jednym z najlepszych w jej życiu...
- SUMY! - wykrzyknęła nagle doznając olśnienia - Przecież niedługo mają być wyniki. Jestem pewna, że zupełnie nieświadomie się nimi stresuję, dlatego jestem bardziej roztrzepana, niż zazwyczaj... - dodała, widząc zdziwioną twarz jej matki, która na te słowa pokiwała w zamyśleniu głową.
- Pewnie masz rację. Nadajesz się na matkę bardziej ode mnie - westchnęła wstając i robiąc w zamyśleniu parę kroków - Ale nie, nie, nie! To nie było pozwolenie, żebyś została matką. Jak skończysz szkołę, to pogadamy. Weź posprzątaj ten pokój - wymamrotała jeszcze schodząc po drabince przez dziurę w podłodze.
Rune przyglądała się jeszcze chwilę miejscu, gdzie zniknęła Luna, po czym podniosła się leniwie z łóżka. Teraz, kiedy już domyśliła się źródła jej stresowego roztargnienia, całkowicie się wyluzowała... a przynajmniej próbowała to sobie wmówić. Z nowym zapałem poczęła szukać żółtego, który nagle przestał jej być potrzebny, bo przecież złoty znicz wcale nie był żółty,  a właśnie złoty... więc po co była jej kanarkowa farba? Zastanawiając się odgarnęła włosy za ucho, natrafiając na tubkę z żółtą farbą. To był chyba jakiś żart...

***

Albus siedział pod rozłożystą wierzbą, machając głową w rytm lecącej z zaczarowanego radia piosenki. Nawet specjalnie jej nie słuchał. Najlepsze przeboje Aureliusa Moore znudziły mu się po pierwszym tygodniu wakacji, a co dopiero miał czuć po miesiącu? Dokładnie, mdłości.
Jednak mimo tych niesamowitych, gorących, letnich hitów i równie upalnej temperatury wakacje miał całkiem udane. Co prawda nie wychodził zbyt często z domu, a zadania domowe na przyszły rok miał już dawno odrobione, ale wcale się nie nudził.
Przez całe lato pisał listy ze swoją najlepszą kumpelą. Tęsknił za nią strasznie, ale pocieszał się wizją całego roku bez żadnych SUM'ów, owutemów,czy innych pierdół, a za to z uczeniem się, wygłupianiem i planowaniem szatańskich intryg chowając się po błoniach razem z jego blond wariatką . Choć to ostatnie robił pod JEJ sporymi przymusami... to w sumie nie miał nic przeciwko. Najzwyczajniej w świecie lubił patrzeć na ten szalony błysk w jej oku, kiedy gwałtownie gestykulując przekonywała go do łamania regulaminu...
Wtem rozmyślania przerwało mu uderzenie kaflem w czoło.
- Te, marzyciel! Podasz kafla? - wydarł się James machając do niego głupio i szczerząc się jak idiota, którym według Albusa absolutnie przecież był.
Zdaniem Albusa to jakaś czarna magia pozwalała mu nie spadać z miotły. W sumie podobnie jak całej reszcie. Jak co tydzień w sobotę odbywał się u Potterów "rodzinny obiad", na który zapraszani byli co bliżsi krewni ich matki oraz przyjaciele ojca. Stałym kompletem okazali się jednak głownie wujek Ron i ciotka Hermiona z Rose oraz Hugonem, wujek George z Angeliną oraz dziadkowie. Okazjonalnie wpadali jeszcze inni, ale cóż, akurat tego dnia ich nie było, a wszyscy kuzyni, poza oczywiście Albusem, rozgrywali mecz o przyniesiony przez wujka George'a najnowszej generacji proszek natychmiastowej ciemności i najnowszy dodatek bombonierki Lesser'a - mrowijki tęczowe, powodujące zabawne mrowienie w kończynach, które jednak łatwo można pomylić z gorączkowymi dreszczami.
- Al! Chodź z nami pograć! - wrzasnęła Rose z nieszczęśliwą miną - Przydałby się nam ktoś do drużyny! Hugo, Lily i James skopią mi i Fredowi tyłki! Nie udawaj, że nie. Ja ledwo siedzę na tym dziadostwie - ostatnie dwa zdania wysyczała do próbującego protestować kuzyna.
- Dzięki. Mogę wam co najwyżej pokibicować... - zaoferował podnosząc się z ziemi i rzucając kafla w kierunku Jamesa - Rose! Twoje imię jak róża! Grasz w qudditcha jak burza! A Fred... nie jesteś jak fretka! Ani nawet skarpetka! Ze spodni wystaje ci metka!
Wszyscy głośno ryknęli śmiechem i podjęli pieśń zgodnym chórem. Wydawało się, że nic nie zepsuje ich świetnego humoru, aż tu nagle z nieba spadło kilka, poważnie wyglądających sów...
- Kryć się! Wyniki z SUM'ów atakują! - krzyknęła Rose i rzuciła się w stronę domu, uciekając przed próbującą dostarczyć jej paczkę sową - Żywcem mnie nie dostaniesz! Odejdź mi z tym nieczystym nasieniem!
Hugo zeskoczywszy na ziemię zaczął śmiać się szatańsko, licząc widocznie na to, że siostrze nie poszło najlepiej, co odwróciłoby pewnie na chwilę uwagę od tego, że ostatnio wysadził w powietrze ulubioną mandragorę jego matki, do której przywiązał sporych rozmiarów fajerwerka ze sklepu wujka George'a.
Zaciekawiony jednak własnym listem Albus odwiązał papier z nogi sporej, śnieżnej sowy i rozwinął zwój...
- Na galopujące chrapaki! 
____________________

Jest i pierwszy rozdział! Mam szczerą nadzieję, że wam się podoba :D Jest dosyć krótki, ale to bodajże ostatni tak króciutki rozdzialik :3
SUM-y to zło nieczyste.
Amen.
Widzimy się w następną środę, nie zapomnijcie! Zaobserwujcie mojego bloga, żeby dostawać powiadomienia! :)

Pozytywnie Pomyluna xx

poniedziałek, 23 maja 2016

Prolog

Rune stała nieśmiało koło matki przystrojonej w sukienkę z pędów wnykopieńków. Od małego rodzice opowiadali jej o ich Hogwardzkich przygodach łącznie z pierwszą podróżą pociągiem. Według ich przekonywań (nawet jej ekscentrycznej matki) ludzie byli mili i otwarci, szczególnie ci, którzy nie znali nikogo innego. Trzeba w końcu się z kimś przyjaźnić, a nie znając nikogo wybór nie był zawsze oczywisty.
Mimo wszystko Rune przeżywała chwilę stresu. Kojarzyła parę osób (w tym jej młodszych braci  Lorcana i Lysandra, z czego nie była wcale dumna), zwłaszcza dzieci znajomych jej rodziców. Małych Wesleyów i Potterów, a także młodego Malfoy'a, choć w sumie kompletnie nie miała z nim nawet najmniejszego kontaktu i nie była do końca pewna, jak wygląda.
Pewnie dlatego teraz stojąc na nogach z waty ruszyła nieco chwiejnie w kierunku najbliższego wagonu, dzielnie pchając przed sobą wielki kufer oraz klatkę ze Shirą - jej wielką płomykówką, którą dostała na jedenaste urodziny. Przez jej głowę gnało tysiące myśli. Czy trafi do Ravenclawu, tak jak jej matka? Może jest na to za głupia? Czy znajdzie sobie przyjaciół? Czy nie zgubi się przy pierwszej okazji w Zakazanym Lesie?
Kiedy dotarła wreszcie do schodków prowadzących do pociągu cała była zlana potem.
- Pa mamo! Widzimy się na przerwie świątecznej - powiedziała zwracając się do jasnowłosej kobiety o rozmarzonym spojrzeniu, które teraz skupiło się na twarzy Rune, dodając jej tym samym otuchy.
- Oczywiście. Wszystko będzie w porządku. W Hogwarcie mają świetny budyń - zapewniła Luna Scamander uśmiechając się łagodnie i uwidaczniając przy tym kurze łapki w kącikach jej wielkich oczu - Kocham cię,
- Ja ciebie też.
Po pocałowaniu matki w policzek drobna blondynka z błękitnymi jak bezchmurne niebo oczami weszła do wagonu pewnie stąpając na małych stópkach w skórzanych ciżemkach. Ruszyła wzdłuż pociągowego korytarza przeszukując wzrokiem kolejne przedziały i usiłując znaleźć na taki, który przypadłby jej do gustu. Kiedy po przejściu w tę i z powrotem niemal całego sektoru, w którym cisnęli się pierwszoroczni miała się poddać i zdać się na los, nagle ktoś zupełnie nieoczekiwanie otworzył drzwi jednego z przedziałów z siłą odrzutu o mocy stu rozpędzonych na kolejne górskiej testrali i uderzył prosto w klatkę ze śpiącą Shirą jak i tors nieszczęsnej Rune, która niespodziewanie znalazła się na równym poziomie z podłogą ruszającego właśnie pociągu.
Nieco oszołomiona uniosła się na rękach i rozejrzała za osobą, która ją przewróciła.
- Tak mi przykro! Żyjesz jakoś? - przed jej twarzą pojawiła się pomocna dłoń - Często zdarza ci się witać z podłogą w nowym miejscu?
- Robię to hobbystycznie...
Tak właśnie Rune poznała Albusa Severusa Pottera.

________________

Hej, hej! Pisanie prologów to nie jest mój konik, definitywnie. Mimo wszystko mam nadzieję, że wam się spodobał! Jeżeli tak, serdecznie zapraszam na pierwszy rozdział, który pojawi się w środę o 17.00 (co tydzień o tej godzinie będzie nowy post :3) i serdecznie proszę o rozsyłanie mojego opowiadania znajomym (a nuż im się spodoba?)! :D 

Z góry dziękuję wszystkim za wszelką aktywność na tym blogu! Komentarze mile widziane :)

Wasza PozytywniePomyluna xx

ps. Jakby ktoś się znał na robieniu szablonów, lub znał kogoś kto się zna, to proszę serdecznie o info. Kocham was :') 

Obserwatorzy